• Kto Wygra ligę Mistrzów (0)
    [Liga Mistrzów]
  • Czy polskie Kluby awansują do fazy grupowej Ligi Europy (0)
    [Polskie kluby w pucharach]
  • Czwartek, 2026-04-02, 10:37 PM
    CENTRUM KIBICA PIŁKI NOŻNEJ

     
    Menu witryny

    Kategorie sekcji
    Nowości [30]
    Nowości

    Mini-czat

    Nasza sonda
    Oceń moją witrynę
    Suma odpowiedzi: 2

    Statystyki

    Ogółem online: 9
    Gości: 9
    Użytkowników: 0

    Dzień po meczu w księstwie do drużyny z Santiago Bernabéu dołącza Ronaldo Luiz Nazario de Lima, czyli Ronaldo. Zatem stał się już trzecim "galaktycznym", po Figo i Zizou. Prezydent dotrzymał słowa. Jednak ten ruch wzbudził sporo kontrowersji. Wszak Brazylijczyk często miewał kontuzje, a swego czasu był zmuszony wziąć nawet dwuletni rozbrat z futbolem. Pérez się jednak nie przejął i dogadał się z Massimo Morattim, prezydentem Intern Mediolan. Zatem Mistrz Świata z Brazylią z 2002 roku i zarazem król strzelców tegoż mundialu (rozgrywany był na terenie Korei i Japonii) stał się bodaj piątym napastnikiem w zespole Królewskich. Jako, że jego ulubiony numer '9' zajęty był przez Morientesa, Ronniemu przypadł '11'. Debiut przypadł na 6 października 2002 i Ronaldo od razu wkupił się w łaski kibiców dwoma golami. Wszedł w 63. minucie i już minutę później trafił w meczu z Alavés. W 78. minucie strzelił drugą bramkę i debiut okraszony został wielkimi owacjami dla Ronniego.
    Świetnie wprowadził się do drużyny, a potwierdził to 3 grudnia 2002. Wtedy Real zwyciężył po raz trzeci w swojej historii Puchar Interkontynentalny, od paru lat nazywany też Pucharem Toyoty. Po raz pierwszy od wielu lat finał został rozegrany nie na Stadionie Olimpijskim w Tokio, ale w Jokohamie, na arenie finałowej MŚ 2002. Ronaldo i Roberto Carlos mają z tego obiektu dobre wspomnienia. Nie tylko dlatego, że zdobyli nań Puchar Świata z reprezentacją, ale zostali także nieoficjalnymi, klubowymi mistrzami świata z Realem Madryt. Bowiem po tym, jak w 1960 Królewscy wygrali z Penarolem Montevideo, a w 1998 z Vasco da Gama także w 2002 wygrywają Puchar Interkontynentalny. Tym razem w pokonanym polu pozostawiając paragwajską Olimpię Asunción. To zwycięzca Copa Libertadores, czyli południowo-amerykańskiego odpowiednika Ligi Mistrzów ("Puchar Wyzwolicieli"). Pierwszego gola, w 14. minucie strzelił Ronaldo, a drugie trafienie zaliczył Guti pod koniec meczu, w 84. minucie. Puchar trafia do Madrytu! Skład Królewskich Królewskich Japonii: Casillas - Salgado, Hierro, Helguera, Roberto Carlos - Makelele, Cambiasso (Pavón - 90') - Figo, Zidane (Solari - 86') - Raúl, Ronaldo (Guti - 84').
    To było zarazem ostatnie trofeum w roku stulecia, 2002. Mimo, że można było cuć niedosyt, to w gruncie rzeczy udało się wywalczyć trzy puchary na arenie międzynarodowej. Na zakończenie obchodów urodzinowych rozegrano mecz pokazowy w Madrycie. Przeciwnikiem była drużyna Reszty Świata. Tak, jak 6 marca, tak i 18 grudnia coś musiało zepsuć fetę. Tym razem to były czynniki niezależne od działaczy, trenera, czy piłkarzy. Niebo zapłakało nad Madrytem. Może to smutek, że tak szybko skończył się ten wspaniały rok. Każdy dzień, to było święto, bo w końcu nie co dzień się zdarza, że Real ma sto lat! Ba, to się zdarza tylko raz… Niestety. Możemy być szczęśliwi, że było nam dane być z drużyną w tym czasie, jakże trudnym i ważnym w historii klubu. Wspaniałym śpiewem Placido Domingo pożegnał ten rok, ponownie zamykając pewien rozdział. Wzruszające "Hala Madrid!", a także wspaniała gra wychowanków Realu (3:3, gole strzelali: Solari 59', Tote 64', Cambiasso 85') przyczyniła się do uroczystego zakończenia fiesty. Miłym akcentem było również zaproszenie na ten mecz Mijatovicia, który z klubem z Madrytu przeżył piękne chwile. Jego gol przyniósł Królewskim Puchar Mistrzów po 32 latach (1998; Real - Juventus 1:0). Zatem stulecie istnienia zatoczyło krąg!


    W 2003 Real zdobył dwa znaczące trofea. Przede wszystkim Mistrzostwo Hiszpanii, po raz 29. w swojej już 101-letniej historii. 22 czerwca Królewscy wygrali z Athletic Bilbao zapewniając sobie tytuł. Choć do ostatniej kolejki walczyli o pierwsze miejsce z Realem Sociedad. Zatem 38. kolejka okazała się niezbyt szczęśliwa dla zespołów baskijskich: Athletic stracił szanse na występy w Pucharze UEFA (dzięki zwycięstwu Realu… Barcelona gra w tych rozgrywkach), a Sociedad zdobył tylko, a może aż wicemistrzostwo. Był prawdziwą rewelacją sezonu. Jednak na Santiago Bernabéu po dwóch golach Ronaldo (16' i 62') i jednym Roberto Carlosa (45') Real ze stolicy nie pozostawił złudzeń temu z Kraju Basków. Królewscy zagrali w składzie: Casillas - Hierro (Pavón - 90'), Helguera, Salgado, Roberto Carlos - Zidane (Solari - 89'), Makelele, Guti, Figo - Raúl, Ronaldo (Morientes - 83'). Niespodziewanie był to ostatni mecz w karierze zawodniczej w Realu legendy tego klubu, Fernando Hierro. Działacze zerwali z nim kontrakt, podobnie jak z trenerem Del Bosque, pomimo zwycięstwa w lidze. Pozytywne aspekty tego sezonu to między innymi pierwszy mistrzowski tytuł w karierze Ronaldo. Poza tym Brazylijczyk w pierwszym roku swojej madryckiej przygody zdobył 23 gole w Primera. Wraz z Raúlem (16 goli) tworzyli parę jednego z najgroźniejszych napadów w Hiszpanii i Europie. Ponownie "madridistas" zebrali się przy słynnej La Cibeles, by świętować kolejny triumf ligowy. Przypomnę, że to także rekord w kraju Corridy.
    Del Bosque został zastąpiony na stanowisku trenera Realu przez Portugalczyka Carlosa Queiroza, który wcześniej był asystentem Alexa Fergusona w Manchesterze United. Zaś za Hierro przyszedł… nikt. Obrona nie została wzmocniona, więc zadowolenie prezydenta i jego prawej ręki, Valdano wydaje się być uzasadnione. Dlaczego? - zapyta przeciętny kibic. Skoro nie przyszedł żaden nowy gracz (oprócz jednego - czytaj poniżej), otwiera się szansa dla wychowanków, a więc polityka "Zidanów i Pavónów" teraz staje się co raz bardziej przejrzysta i rzeczywiście taka, jak w nazwie. Pozbyto się również kilku niepotrzebnych piłkarzy, którzy "pożerali" pieniądze z kasy klubowej. Na ich miejsce sprowadzono medialną perełkę, Anglika Davida Beckhama. Tak jak trener Queiroz, także Becks przyszedł z MU. Dokładnie 2 lipca 2003 został oficjalnie zaprezentowany w hali im. Saporty, jako gracz Królewskich. Wielu nazwało ten transfer "wielkim", a okres panowania Realu zarówno na scenie sportowej, jak również transferowej i ekonomicznej "erą Florentino Péreza". "Spice Boy" to już czwarty nabytek prezydenta Realu, po Figo, Zidanie i Ronaldo. Różnica między nimi jest jednak niebagatelna, na prezentację Anglika przybyło 449 dziennikarzy z całego świata! Poza tym już w pierwszym dniu wprowadzenia do sprzedaży koszulek Beckhama z numerem '23', rozeszły się one w nakładzie 8000! Zatem o medialności piłkarza nie trzeba przekonywać. Czy jego umiejętności piłkarskie starczą na ligę hiszpańską? Becks wciąż musi to udowadniać, podobnie jak musieli to czynić Figo, Zizou, czy Ronnie.
    24 i 27 sierpnia 2003 miały miejsce pierwszy mecz i rewanż finału Superpucharu Hiszpanii. Real, jako mistrz tego kraju zmierzył się z RCD Mallorca, zdobywcą Pucharu Hiszpanii. Pierwsz mecz Królewscy przegrali minimalnie z drużyną z Balearów, 2:1. Gola w tamtym meczu dla Realu strzelił Figo, a asystował nie kto inny, jak David Beckham, nowy nabytek Merengues. W rewanżu Blancos odrobili z nawiązką straty z pierwszego pojedynku na San Moix. W swoim debiucie na stadionie stadionie Madrycie gola strzelił Beckham. Co dziwne, uderzeniem głową. Anglik jako ostatni strzelił gola, bo w 72. minucie meczu, a 20 minut wcześniej Ronaldo pokonał Leo Franco. Jeszcze przed przerwą gola do szatni uzyskał Raúl. Pierwsza fiesta w sezonie 2003/2004 i oby nie ostatnia… Z takim "galaktycznym" składem, jak w meczach o Superpuchar (Casillas, Salgado, Helguera, Bravo, Roberto Carlos, Beckham, Cambiasso, Zidane, Figo, Raúl, Ronaldo) możemy ze spokojem patrzeć w przyszłość. To bodaj najlepsza drużyna Realu obok tej z przełomu lat 50. i 60., kiedy to Królewscy zdobywali Puchar Mistrzów pięć razy pod rząd. Za to już na pewno najlepsza na świecie w obecnym czasie!

    Real co prawda wygrał Superpuchar Hiszpanii na samym początku sezonu 2003/2004, ale jak się potem okazało, było to jedyne trofeum zdobyte w tym sezonie. Choć początek był naprawdę obiecujący...
    Wydawało się, że David Beckham idealnie wpasował się do drużyny, nie tylko zobywał bramki, ale też serwował swoje dania główne: podania z wręcz milimetrową dokładnością. Był jednym z lepszych graczy Los Merengues z pierwszej części sezonu. Wraz z kolegami odnosił spektakularne zwycięstwa. Drużyna przeniosła się do centrum treningowego Las Rozas, bardziej odpowiadające wymogom. Ciudad Deportiva miało być całkowicie zrównano z ziemią i budowane niemal od podstaw.
    Już w trzeciej kolejce na Estadio Santiago Bernabéu doszło do pojedynku pomiędzy Realami: Madryt i Valladolid. Królewscy zdemolowali imiennika aż 7:2. Po tym meczu mówiono, że Real gra jeszcze bardziej spektakularnie za Queiroza, niż za Del Bosque. Musieli swoje zdanie szybko zmienić po kompromitujących porażkach na Mestalla w Walencji (2:0 z CF Valencia) i w listopadzie z Sevillą na wyjeździe... aż 4:1! Po tym spotkaniu (blamaż, takim mianem określano ten mecz w prasie) nastąpił kryzys, Real wygrywał minimalnie, lub remisował, aż w końcu nadszedł tydzień długo wyczekiwany przez kibiców. Rzecz jasna było to wielkie święto w całym kraju, bo takie klasyki ściągają uwagę mieszkańców kraju Corridy. "As" nazwał nawet drugi tydzień grudnia "tygodniem klasyków". Nie dziwne, skoro 3 grudnia Real miał się u siebie zmierzyć z lokalnym rywalem, Atlético a trzy dni później w najbardziej zaciekłym pojedynku Kastylii i Katalonii z Barçą. Pomimo obaw o formę Królewskich pierwszy mecz z rojiblancos wygraliśmy 2:0. Mało tego Ronaldo strzelił gola po... zaledwie szesnastu sekundach od gwizdka sędziego! Gola dołożył jeszcze Raúl González Blanco i już po 45 minutach wynik był ustalony. Królewscy pewnie wygrali z rywalem zza miedzy. Warto dodać, iż przed meczem Bernabéu odwiedził były piłkarz Realu Zamorano. Chilijczyk zakończył karierę, wykonał symboliczne kopnięcie i uzyskał tabun oklasków na stojąco, wiwatujących na cześć niezapomnianego "Indianina".
    Teraz obawiano się, czy wylane poty w Madrycie nie przełożą się na formę w spotkaniu na Camp Nou w wielkim święcie, Gran Derby. Jednak w trzy dni cudu można dokonać. Na murawę stadionu w stolicy Katalonii wybiegła najmocniejsza teoretycznie jedenastka Królewskich. U gospodarzy zabrakło najważniejszego ogniwa, Brazylijczyka Ronaldinho. To pozwalało nam pozostawać optymistami co do wyniku, bo przecież ostatnio Katalończycy nie czarowali. Mecz poprzedzający "Świętą Wojnę" przegrali z kretesem w Maladze 1:5. W drużynie Blancos pierwszy raz mógł zagrać przeciwko byłej drużynie na Camp Nou Ronaldo. Któryś raz z kolei piekło przeżywał Figo. Wróćmy do wydarzeń boiskowych. W 37. minucie Roberto Carlos "huknął" w swoim stylu i po rykoszecie piłka wpada do bramki. Po przerwie zadziałał trener Rijkaard wprowadzając skrzydłowych Overmarsa i Quaresmę. Obaj spełnili swoje zadania i blaugrana zaczęła niebezpiecznie atakować i przejmować inicjatywę. Na szczęście mamy w drużynie Ronaldo, który w 75. minucie, również po rykoszecie podwyższa wynik na 2:0. To nie dobiło gospodarzy, a wręcz przeciwnie, wzmocniło. Już 5 minut później rozmiary porażki zmniejszył mocnym strzałem głową Patrick Kluivert i pomimo zaciekłych ataków do końca wynik nie uległ już zmianie i po raz pierwszy po ponad 20 latach Real wyjechał z wrogiego regionu z 3 punktami!
    Na przełomie roku Królewscy grają w kratkę. Co prawda szczęśliwie remisują, lub wygrywają, ale nie są to wyniki napawające optymizmem. Dopiero pod koniec stycznia Real pokazał klasę w meczu Copa del Rey z Valencią (3:0). Na wyjeździe Królewscy też zwyciężają - 2:1 i kroczą pewnie w kierunku finału krajowego pucharu. W lutym wygrywają pojedynek półfinałowy z Sevillą CF (u siebie 2:0, w Sewilli 0:1) i marzenie o finale staje się faktem. Królewscy notują passę zwycięstw w lidze, przerwaną dopiero 15 lutego w Madrycie. Królewscy podejmowali Valencię i w kontrowersyjnych okolicznościach (rzut karny w doliczonym czasie gry dla Blancos) remisujemy 1:1 po golu Figo. Pod koniec lutego dochodzi do pierwszego starcia w 1/8 Ligi Mistrzów. Mecz określany mianem "europejskiego klasyku" Bayern-Real na Stadionie Olimpijskim w Monachium kończy się remisem... 1:1! Jak się później okaże, błąd Olivera Kahna, po którym Roberto Carlom trafił bramkę będzie brzemienny w skutki. Bowiem tego jednego gola zabrakło Bawarczykom do przedłużenia nadziei na awans. Dwa tygodnie później Real odnosi skromne zwycięstwo 1:0 po golu Zidane'a i bardzo ciężkim meczu. Estadio Santiago Bernabéu wypełniło się na klasyku po brzegi i było co świętować. Los Merengues wylosowali w półfinale AS Monaco, klub wygnanego Fernando Morientesa. Każdy z nas zacierał ręce... Ale po kolei.
    Nastroje były bardzo optymistyczne przed mającym się odbyć tydzień po rewanżu z Bayernem finale Copa del Rey. W lidze Królewscy w międzyczasie mierzyli się z Realem Zaragoza, czyli rywalem właśnie w finale Pucharu Króla. W "przedbiegach" Blancos zremisowali na Bernabéu 1:1, choć w rezerwowym składzie. 17 marca, a więc w dzień finału, miało być zupełnie inaczej. Kibice spodziewali się łatwej wygranej. Co więcej, zwycięstwo miało być początkiem potrójnej korony, tak hucznie zapowiadanej przez wszystkich w klubie. Ponadto Puchar Hiszpanii miał wrócić do Madrytu po wielu latach rozłąki. Zaczęło się nieźle, bowiem w 24 minucie Beckham trafił z rzutu wolnego bramkę. Niestety, już pięć minut później był remis. Jeszcze przed przerwą podwyższył wynik gracz Zaragozy - David Villa pokonując Césara z karnego. Jednak zaraz po przerwie, znów z rzutu wolnego padł gol, tym razem jego autorem Roberto Carlos. I to było wszystko, na co stać Królewskich w tym meczu. Nawet po wyrzuceniu Caniego w 67. minucie Królewscy nie potrafili przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Doszło do dogrywki. Boisko za drugą zółtą kartkę opuścił również Guti i Real spisywał się jeszcze gorzej. W 111. minucie Argentyńczyk Galletti dobija przybyszów ze stolicy i po końcowym gwizdku sędziego puchar trafia w ręce Realu Z. 2:3!. Mogli się cieszyć byli piłkarze Realu, Savio, Dani i ich koledzy z drużyny, a Królewscy wracali na tarczy i na dodatek zatracili gdzieś animusz i chęć do walki... Przychodzi trudny moment.
    Pod koniec trzeciego miesiąca roku dochodzi do potyczki półfinałowej LM z Monaco. Pierwszy mecz na Santiago Bernabéu kończy się wynikiem 4:2 dla miejscowych. Drugiego gola dla gości z księstwa strzelił nie kto inny, jak Fernando Morientes. Okazało się, że wciąż jest ulubieńcem madryckiej publiczności, która oklaskiwała jego gola. Niestety, to trafienie przesądziło o wyeliminowaniu Królewskich z Ligi Mistrzów! Bowiem, gdyby nie gol Hiszpana, w rewanżu na stadionie Louisa II (1:3) Real już nie musiałby drżeć o swój los. Niestety, przykrą niespodziankę sprawiła nam rewelacja rozgrywek Champions League z malutkiego Monte Carlo. Na swoim terenie znów rządził "El Moro", który przyćmił swoją grą samego Ronaldo i sprawił, że Real nie zdobędzie 10. tytułu klubowego mistrza Europy. Królewscy za burtą!
    Real do końca sezonu gra już beznadziejnie. Notuje najgorszą od wielu lat passę, przerwaną tylko w meczu derbowym z Atletico Madryt na Vicente Calderón (2:1 dla "białych"). W ostatnich pięciu kolejkach sezonu Real odnotował, uwaga, 5 porażek! Najbardziej bolesna była w "Gran Derby" na własnym stadionie. FC Barcelona nie pokazał może wielkiego futbolu, mało tego, to Real cały czas napierał na Katalończyków, ale to goście strzelili gola więcej i zwyciężyli 2:1. W międzyczasie dochodzi do bardziej optymistycznego zdarzenia. 12 maja rozpoczynają się prace nad nowym Ciudad Deportiva, ośrodkiem treningowym Realu. Uroczystość w Parque del Valdebebas polegała na odsłonięciu pamiątkowego pomnika z udziałem najbardziej znanych osobistości ze świata sportu i polityki. Nie brakowało zawodników sekcji piłkarskiej, koszykarskiej i młodzieżowej. Rozpoczęto w tym samym dniu pierwszą fazę robót, która obejmuje tzw. "strefę sportową" Ciudad Deportiva. Ta jedna część zajmie 24 ze wszystkich 120 hektarów terenów, co w środku miasta jest wręcz przeogromną działką. W przyszłości stanie tam również nowa hala koszykarska, a ćwiczyć będą na Ciudad Deportiva oczywiście wszystkie kategorie, piłkarskie i koszykarskie Realu Madryt.
    Dzień po ostatnim meczu ligowym sezonu 2003/2004 (z Sociedad przegranym 1:4) następują rychłę zmiany. Ze stanowiska trenera zostaje zwolniony Carlom Queiroz, który wkrótce powrócił "na stare śmieci" w roli asystenta Sir Fergusona w Manchester United. 24 maja 2004 roku na nowego trenera zostaje mianowany José Antonio Camacho, który podpisał kontrakt na dwa lata. Został on po raz drugi trenerem Realu, po tym, jak w 1998 roku zrezygnował z tego stanowiska po zaledwie 20 dniach. "Przybyłem do Madrytu, jako dziecko, wracam, jako mężczyzna. Mam cel, żeby przywrócić klubowi miano numeru jeden na świecie" - mówił nowy trener. Niemal równocześnie z Camacho przyszedł do klubu Walter Samuel. To pierwszy zawodnik defensywny zakupiony przez Florentino Péreza, z którym podpisano kontrakt na pięć lat. Wkrótce doszło jeszcze paru nowych piłkarzy. Z wypożyczeń wrócili: nasz pogromca Fernando Morientes, Albert Celades, a ponadto przyszła jeszcze Armada Británica, czyli zaciąg angielski. W sierpniu przyszedł najpierw Michael Owen, za 12 milionów euro. To już czwarty zdobywca "Złotej Piłki" France Football w klubie z Madrytu. Niespełna tydzień po wychowanku Liverpool FC, do Madrytu przybył też Jonathan Woodgate z Newcastle United. Ten transfer był tym bardziej zaskakujący, że "Woody" od pół roku nie grał z powodu kontuzji. Jednak wciąż jest uważany za wielki talent i jednego z najlepszych defensorów rodem z Wysp Brytyjskich.
    W wakacje odbyły się też wybory prezydenckie. Jeszcze zanim klub z Madrytu stał się prawdziwie angielską kolonią, w lipcu na dobre rozgorzała "gorączka wyborcza" . Kandydowali rzecz jasna Florentino Pérez, jego poprzednik Lorenzo Sanz i madrycki prawnik, Arturo Baldasano. 11 lipca 2004 roku Florentino Pérez zostaje ponownie wybrany prezydentem Realu Madryt! Głosowało ponad 30 tys. socios, co daje prawie 50% uprawnionych do głosowania. Miażdżąca większością 94,25% z tych głosów wygrał Florentyno, na dalszych miejscach znaleźli się Lorenzo Sanz (4,05% głosów) oraz Baldasano (1,70% głosów). Pérez obiecał m.in. przykrycie dachem stadionu Królewskich, ukończenie Ciudad Deportiva, stały rozwój klubu, powiększenie budżetu i kontynuowanie polityki prowadzonej dotychczas, mówiącej o sprowadzaniu najlepszych piłkarzy na świecie do Realu Madryt. Na tym polu zdystansował swoich rywali, którzy potrafili tylko wytykać błędy obecnemu prezydentowi, a nie wysuwać swoje propozycje na poprawę sytuacji.
    Na początek sezonu 2004/2005 Realowi przyszło się mierzyć z Wisłą Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Już dawno Królewscy nie musieli przechodzić przez fazę eliminacyjną, by zagrać w Champions League. Polacy nie sprawili jednak większych problemów i dwukrotnie odnieśli pewne zwycięstwa. Najpierw na Reymonta Blancos wygrali 2:0 po golach Morientesa, a w Madrycie zwyciężyli 3:1. Liga Mistrzów stanęła otworem. Wydawało się, że Królewscy w tak mocnym składzie nie będą mieli problemów z grą na najwyższym poziomie,  pomimo kryzysu z poprzedniego sezonu. Niestety, kryzys wciąż trwał. Co więcej, Yamacho znów poddał się bardzo szybko i już we wrześniu, po porażkach z Espanyolem i Bayerem Leverkusen podał się do dymisji. Zastąpił go jego dotychczasowy asystent, były bramkarz Realu - Mariano García Remón. Real wcale nie spisywał się lepiej, odnosił zwycięstwa w kiepskim stylu i wydawało się, że gorzej być nie może. Powoli Real zaczął się piąć w górę tabeli, mimo że styl gry prezentowany przez podopiecznych "Kota z Odessy" (jak nazywany jest García Remón). W końcu Blancos "doczłapali" się na pozycję wicelidera tabeli. Realowi po paru pewniejszych zwycięstwach przyszło zmierzyć się z odwiecznym rywalem z Camp Nou. "Gran Derby" potoczyło się jednak fatalnie i Królewscy w beznadziejnym stylu dali popis kompromitacji. 3:0 to był najniższy wymiar kary, jaki mogliśmy otrzymać od grającej z polotem i finezją FC Barcelona. Wydawało się, że szybko Remón odejdzie z piastowanego stanowiska. Ku zaskoczeniu wszystkich w Hiszpanii, Florentino przedłużył z "kotem" kontrakt do końca sezonu.
    Niestety końcówka roku nie jest wymarzona. Znów dokonują się zmiany, tym razem "na górze". Do klubu przychodzi Arrigo Sacchi, który w 1994 roku, jako trener Włoch zdobył wicemistrzostwo świata. Ma on odpowiadać za transfery w klubie i odnowę kontraktów. Dziennik "As" ujął to zgrabnie: "Będzie miał władzę Alexa Fergusona, ale z tym wyjątkiem, że nigdy nie usiądzie na ławce Królewskich". W zespole wytwarza się nieciekawa atmosfera, z klubu chcą odejść Roberto Carlos, niechciany Fernando Morientes, a kupiony za grube pieniądze Woodgate co chwila łapie kontuzje i wciąż nie może zadebiutować w nowym zespole. Czy przyjście Sacchiego faktycznie wniesie "nową jakość" do Realu? Na odpowiedź przyjdzie nam poczekać przynajmniej do następnego sezonu. Na pewno zaczyna się długo oczekiwana rewolucja...

    To bardzo trudne, streścić to wszystko, co się działo na przełomie wieków w naszym ukochanym klubie, Realu Madryt. Przez te wszystkie lata klub nieustannie się rozwijał, dochodząc do statusu legendy i najlepszej drużyny XX wieku. Przez Madryt przewinęło się wielu wspaniałych piłkarzy, wielkich ludzi, którzy czynili klub wciąż lepszym i lepszym. Historia madryckiego Realu to długa opowieść o sukcesach, heroicznych wydarzeniach i triumfach, zdobytych niesamowitą wolą walki, wielkimi umiejętnościami, sercem do gry. To byli, a właściwie wciąż są ludzie pełniący funkcję ambasadorów madryckiego futbolu na świecie. Nazwa Real znana jest już w każdym zakątku świata. Jego historia z każdym dniem staje się co raz bogatsza i jaśniejsza. Jak wszędzie towarzyszą temu momenty niechlubne i wspaniałe.
    Dziękujemy ludziom, którzy sprawili, że Real jest wielki! Niechaj legenda tego klubu trwa wiecznie i niech cieszą się jego wspaniałością kolejne pokolenia, tak jak my mogliśmy się cieszyć za naszego życia! Hala Madrid!

    1. Sezon 2004/2005 

    Na początku sezonu 2004/2005 Realowi przyszło się mierzyć z Wisłą Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Już dawno Królewscy nie musieli przechodzić przez tę fazę, by zagrać w Champions League. Polacy nie sprawili jednak większych problemów i dwukrotnie zostali pokonani. Najpierw na Reymonta Blancos wygrali 2:0 po golach Morientesa, a w Madrycie zwyciężyli 3:1. Liga Mistrzów stanęła otworem. Wydawało się, że Królewscy w tak mocnym składzie nie będą mieli problemów z grą na najwyższym poziomie, pomimo kryzysu z poprzedniego sezonu. Niestety, kryzys ten wciąż trwał. Co więcej, Camacho znów poddał się bardzo szybko i już we wrześniu, po porażkach z Espanyolem i Bayerem Leverkusen, podał się do dymisji – po rozegraniu zaledwie trzech kolejek w La Liga. 

    Zastąpił go jego dotychczasowy asystent, były bramkarz Realu - Mariano García Remón. Real wcale nie spisywał się lepiej, odnosił zwycięstwa w kiepskim stylu i wydawało się, że gorzej być nie może. Największe gwiazdy drużyny (Ronaldo, Figo, Raúl) nie mogły złapać formy, szatnia była podzielona, a kibice co i rusz wyrażali swoją dezaprobatę dla postawy zespołu. Z czasem Real zaczął się jednak piąć w górę tabeli, mimo że styl gry prezentowany przez podopiecznych „Kota z Odessy” (jak nazywany jest García Remón) pozostawiał wiele do życzenia. W końcu „doczłapali” się na pozycję wicelidera tabeli. Po paru pewniejszych zwycięstwach przyszło im zmierzyć się z odwiecznym rywalem z Camp Nou. Gran Derbi potoczyło się jednak fatalnie i Królewscy w beznadziejnym stylu dali popis kompromitacji. 3:0 to był najniższy wymiar kary, jaki mogliśmy otrzymać od grającego z polotem i finezją FC Barcelona. Real przez cały mecz nie oddał ani jednego celnego strzału na bramkę Valdésa. Wydawało się, że Remón szybko odejdzie z piastowanego stanowiska. Ku zaskoczeniu wszystkich w Hiszpanii, Florentino przedłużył z Kotem kontrakt do końca sezonu. W tym momencie już tylko cud mógł uratować Królewskim mistrzostwo. 

    Niestety końcówka roku także nie była wymarzona. Rok 2004 Real skończył porażką 0:1 z Sevillą na własnym stadionie. Znów dokonały się zmiany, tym razem na samej górze. Do klubu przyszedł Arrigo Sacchi, który w 1994 roku jako trener Włoch zdobył wicemistrzostwo świata. Miał on odpowiadać za transfery w klubie i odnowę kontraktów. Dziennik AS ujął to zgrabnie: „Będzie miał władzę Alexa Fergusona, ale z tym wyjątkiem, że nigdy nie usiądzie na ławce Królewskich”. W zespole wytworzyła się nieciekawa atmosfera, z klubu chcieli odejść Roberto Carlos i niechciany Fernando Morientes, a kupiony za grube pieniądze Woodgate co chwila łapał kontuzje i wciąż nie mógł zadebiutować w nowym zespole. 

    Taki stan rzeczy zastał zatrudniony na stanowisku trenera Vanderlei Luxemburgo. Styczeń i luty były pierwszymi miesiącami pracy brazylijskiego trenera. Zdążył w tym czasie odpaść z Pucharu Króla (pogromcą Królewskich był tym razem Real Valladolid) i rozpocząć dramatyczny pościg za Barceloną. W styczniu i lutym Real pod jego wodzą zanotował serię siedmiu zwycięstw z rzędu w lidze. Wprowadził też ciekawą technologiczną innowację – używał walkie talkie do komunikowania się z zawodnikami, którzy zakładali mini-słuchawki. W styczniowym okienku transferowym z klubem na dobre pożegnał się Fernando Morientes i odszedł do Liverpoolu. Z powodu sporych problemów w środku pola, do klubu za stosunkowo niewielkie pieniądze (3,5 miliona euro) sprowadzony został Thomas Gravesen. 

    Zmiany te pozwoliły złapać Galaktycznym drugi oddech i ruszyć do odrabiania strat. Fakt, że dystans punktowy między Realem a Barceloną zmniejszał się, nie mógł stanowić wymówki przy ewentualnym odpuszczeniu walki o La Décimę (dziesiąty Puchar Europy). W 1/8 finału edycji 2004/2005 Królewskim przyszło zmierzyć się z Juventusem . Nigdy nie był to rywal wygodny dla Realu Madryt. Starsi madridistas pamiętali porażkę w półfinałowym dwumeczu w 2003 roku, po którym to Stara Dama wyeliminowała ówczesnych obrońców trofeum. Wszyscy kibice Królewskich mieli ochotę wziąć rewanż na utytułowanym rywalu z Włoch. W pierwszym meczu, 22 lutego 2005, na Santiago Bernabéu, Real wygrał 1:0 po bramce Helguery i dośrodkowaniu Davida Beckhama. Madrytczycy długo bronili wyniku w rewanżu w Turynie 9 marca, jednak w 75. minucie David Trezeguet odrobił straty. Blancos całkowicie posypali się w dogrywce i gol Zalayety w 116. minucie wyeliminował ich z turnieju. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że porażka ta zapoczątkowała fatalną serię aż sześciu lat z rzędu, w których Real Madryt (ówczesny zdobywca dziewięciu Pucharów Europy) nie był w stanie awansować nawet do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Przełom lutego i marca to także fatalne wyniki w lidze. Po fantastycznej passie 7 zwycięstw z rzędu Real popadł w kryzys i w następnych pięciu kolejkach zdobył zaledwie cztery punkty. 

    Wydarzenie, które miało miejsce w tym okresie, a które warto przytoczyć, to zakończenie kariery przez Fernando Hierro – legendarnego obrońcę Realu Madryt, zawodnika Królewskich w latach 1989–2003, zdobywcę w sumie 16 oficjalnych trofeów w barwach drużyny z Madrytu (w tym 5 razy mistrzostwa Hiszpanii i aż 3 razy Ligi Mistrzów). Warto pamiętać, że Hierro, jak na obrońcę, był niesamowicie bramkostrzelny – w 439 występach w Realu Madryt zdobył aż 102 gole. 

    Po odpadnięciu z Champions League Galaktycznym został już tylko pościg za Barceloną. Ponownie złapali wiatr w żagle i do końca rozgrywek nie przegrali już ani jednego meczu (8 zwycięstw i 2 remisy). Jedną z ofiar rozpędzonego Madrytu stała się także sama Duma Katalonii. El Clásico odbyło się 10 kwietnia i Real w pięknym stylu, po niesamowitym meczu, pokonał odwiecznego rywala 4:2. Bramki dla Królewskich strzelili Zidane, Ronaldo, Raúl i Owen, fundując Blaugranie iście galaktyczne lanie. Real po tym meczu tracił do Barcelony sześć punktów (kilka kolejek wcześniej – 11!) i nie zwalniał tempa. W ostatnich siedmiu spotkaniach stracił tylko cztery punkty (remisy z Atlético i Sevillą). Zabrakło niewiele, bo właśnie czterech punktów, jednak z mistrzostwa cieszyć się mogli piłkarze FC Barcelona. 

    Okazało się, że w dwa lata sternicy klubu z Katalonii stworzyli maszynkę do zdobywania trofeów. Przed sezonem przyszli między innymi Eto’o, Deco, Giuly, Belletti, Edmilson i Larrson. Pogrążony w chaosie Real Madryt nie był w stanie oprzeć się odwiecznemu rywalowi. Przyjście Luxemburgo uspokoiło trochę sytuację (w drugiej połowie sezonu to Real zdobył więcej punktów), jednak nie pozwoliło wznieść się na wyżyny poszczególnym zawodnikom. 

    Ostatecznie sezon 2004/2005 Real Madryt skończył bez żadnego trofeum na koncie. Kibice Królewskich już dwa lata nie widzieli kapitana ukochanej drużyny wznoszącego tryumfująco puchar. Drugie miejsce w lidze oraz 1/8 Ligi Mistrzów i Pucharu Króla to zdecydowanie za mało jak na najlepszy klub XX wieku. Do pozytywów na koniec sezonu należało zaliczyć wysoką formę Galácticos oraz decyzję Florentino Péreza o pozostawieniu Luxemburgo na ławce trenerskiej – dawało to nadzieję na stabilizację. Optymizmem napawały również doniesienia transferowe. Królewscy planowali zrezygnować z polityki Zidanes y Pavones i postawić na młodych, solidnych, pracujących na boisku piłkarzy. Najbardziej konkretne zapowiedzi dotyczyły trzech zawodników – Sergio Ramosa i Júlio Baptisty z Sevilli oraz Robinho z Santosu… 

    2. Sezon 2005/2006 

    Zgodnie z zapowiedziami, po długich tygodniach spekulacji i negocjacji, Realowi udało się pozyskać trójkę młodych cracków – Júlio Baptistę i Sergio Ramosa z Sevilli oraz Robinho z Santosu. O ile w przypadku pierwszego z Brazylijczyków – zwanego popularnie Bestią – nie było większych problemów, o tyle saga z młodym hiszpańskim defensorem i brazylijskim napastnikiem ciągnęła się prawie do końca okienka transferowego. Ostatecznie jednak powyższa trójka oraz dwóch urugwajskich zawodników – obrońca Carlos Diogo i defensywny pomocnik Pablo García – okazali się wzmocnieniami Realu Madryt w tamtym okienku. Kluczowe wtedy okazały się jednak sprzedaże piłkarzy. Z klubu odeszli zawodnicy, którzy wcześniej byli wizytówką polityki Zidanes y Pavones – Luís Figo, Michael Owen, Juanfran, Portillo czy Borja. Do Interu za Figo podążyli także Santiago Solari i wiecznie niespełniony Walter Samuel. 

    Początek sezonu nie należał do udanych, chociaż Królewscy wygrali pierwszy oficjalny mecz w sezonie, pokonując na wyjeździe 28 sierpnia 2005 roku drużynę Cadiz. Szczególnie udany był debiut Robinho, który wchodząc z ławki zdobył bramkę i dał Realowi trzy punkty w tym spotkaniu. Później było już jednak tylko gorzej. Real grał przeciętnie zarówno w lidze, jak i w Lidze Mistrzów („pamiętne” 0:3 z Olympique Lyon w fazie grupowej), nie mogąc złapać stałej wysokiej formy. Po 11 kolejkach Madrytczycy zajmowali trzecie miejsce w tabeli za Osasuną i Barceloną. W następnej serii spotkań Królewscy podjąć mieli FC Barcelona. Miał być to mecz „na przełamanie”, od którego miała zacząć się wędrówka po kolejne trofea. Stało się inaczej. 19 listopada 2005 roku publiczność na Santiago Bernabéu wstała i zaczęła klaskać w uznaniu. Moment ten przeszedł do historii dlatego, że oklaskiwanym piłkarzem był nie kto inny jak Ronaldinho. Brazylijski geniusz zakończył bramką nieprawdopodobny rajd i ustalalił wynik spotkania na 3:0 dla Blaugrany. Był to czarny dzień dla wszystkich madridistas. Los Blancos zagrali źle, a Barcelona udowodniła, że to ona osiągnęła galaktyczny poziom, podczas gdy Real Madryt dalej pogrążony był w głębokim kryzysie. 

    Niedługo potem, piątego grudnia, Vanderlei Luxemburgo został zwolniony, a jego miejsce zajął Juan Ramón López Caro, który miał pełnić funkcję trenera do czasu znalezienia następcy Brazylijczyka. Jak się później okazało, Hiszpan pozostał na ławce trenerskiej Realu do końca sezonu, notując – jak na ówczesną sytuację klubu – względnie zadowalające wyniki. Z końcem roku 2005 Królewskich opuścił także Arrigo Sacchi. 

    W lidze Blancos znów musieli gonić Barcelonę, jednocześnie zdając sobie sprawę, że nie mogą odpuścić pozostałych rozgrywek. W Pucharze Króla podopieczni Lópeza Caro bez większych trudów pokonywali kolejnych rywali (Athletic Bilbao oraz Betis) i osiągnęli półfinał, w którym mieli zmierzyć się z Realem Saragossą. Wydawać się mogło, że jeśli nie w lidze, to chociaż w pucharze piłkarze Królewskich sprawią radość kibicom. Saragossa jednak bardzo brutalnie zweryfikowała te oczekiwania, 8 grudnia 2006 roku gromiąc Real Madryt 6:1 i odbierając najlepszemu klubowi XX wieku praktycznie wszelkie nadzieje na awans. Zespół z Santiago Bernabéu nie byłby jednak sobą, gdyby nie rozpoczął w tym momencie zakrojonej na szeroką skalę kampanii medialnej, mówiącej o podjęciu wyzwania odrobienia pięciu bramek straty. Stworzono atmosferę wielkiego zjednoczenia kibiców, trenera, zawodników i reszty pracowników klubu. Siła Realu Madryt miała wznieść piłkarzy na galaktyczny poziom i pomóc dokonać niemożliwego. Zabrakło niewiele. 14 lutego Real Madryt zagrał mecz magiczny, niesamowity, jeden z najlepszych tamtych lat. Po dziesięciu minutach spotkania wygrywał już 3:0 i wydawało się, że nic nie powstrzyma madryckiego ostrza wbijanego prosto w pierś klubu z Saragossy. Zawodnicy przeciwnika opamiętali się jednak i do końca spotkania stracili już tylko jedną bramkę. Ostateczny wynik – 4:0. Real odpadł, ale podjął heroiczny bój o zwycięstwo, wszyscy zawodnicy zagrali fantastycznie, a najlepiej strzelcy bramek; czterej Brazylijczycy – Cicinho, Robinho, Ronaldo i Roberto Carlos. Niestety wszystko to nie wystarczyło do awansu i w ten sposób Królewscy zakończyli udział w Copa del Rey. Aby ratować sezon należało gonić Barcelonę w lidze i walczyć do końca o dziesiąty Puchar Europy. 

    W 1/8 finału Ligi Mistrzów Real trafił na Arsenal. Po remontadzie z Saragossą nastroje były bojowe. Ponadto Kanonierzy nie spisywali się dobrze w ostatnich tygodniach, a na Bernabéu przyjechali osłabieni – bez Clichy'ego, Ashley'a Cole'a, Campbella i Laurena. Niestety jeśli byli kibice Realu, którzy mieli złe przeczucia przed tym meczem, mieli rację. Real zagrał fatalnie, bez pomysłu, polotu czy wręcz zaangażowania. Po bramce Henry’ego 21 marca przegrał 0:1 na własnym stadionie. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że w rewanżu Królewscy zaprezentują się lepiej i odrobią straty. 

    Niedługo potem, bo 27 lutego, do dymisji podał się Florentino Pérez. Był to ogromny szok dla wszystkich madridistas, włącznie z trenerem i piłkarzami. Prezes argumentował w swoim rezygnacyjnym przemówieniu, że odejściem chce dać odpowiedni impuls klubowi, który pogrążony był ostatnio w kryzysie. Tymczasowo funkcję prezesa objął Fernando Martín Álvarez. 

    Tym samym Pérez zakończył sześcioletni etap Realu Madryt, wobec którego kibice i działacze mieli mieszane uczucia. Z jednej strony klub w pierwszych trzech latach jego prezesury dwukrotnie zdobywał Mistrzostwo Hiszpanii i Superpuchar Hiszpanii, a także dołożył do klubowej gabloty z europejskimi pucharami także dziewiąte zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Hiszpan stworzył drużynę rozpoznawalną na całym globie, wyciągnął klub z ogromnego zadłużenia i wprowadził w XXI wiek, robiąc z niego najbardziej dochodową drużynę piłkarską na świecie. Nazwiska jak Figo, Zidane, Beckham, czy Owen na zawsze pozostaną w pamięci i sercach wszystkich madridistas, a mecze takie jak finał Ligi Mistrzów z Leverkusen w 2002 roku będą na zawsze napawały ich dumą. Z drugiej strony w 2004 roku popełniono wiele błędów, w nieelegancki sposób rozstano się z takimi zawodnikami jak Claude Makélélé czy Fernando Hierro, a także z trenerem – Vicente del Bosque. W ten sposób pozwolono na odrodzenie się Barcelony i odebranie prymatu Realowi Madryt na najbliższe lata. 

    Niedługo po dymisji prezesa Real Madryt odpadł z Ligi Mistrzów w sezonie 05/06. Na Highbury Królewscy zagrali już lepiej niż u siebie. Nie starczyło to jednak na pokonanie Arsenalu na jego stadionie i 08 marca Real rozegrał swój ostatni mecz w tej edycji Pucharu Europy, przedłużając niemoc w kontekście awansu do ćwierćfinału. 

    Po tym wydarzeniu należało pogodzić się z faktem, że Real Madryt w sezonie 05/06 nie zdobędzie żadnego trofeum. W lidze pozostawało jeszcze co prawda dwanaście kolejek do końca, jednak Barcelona miała dziesięć punktów przewagi. Jedyne, co mogli zrobić piłkarze, to zostawić dobre wrażenie po jednym z najgorszych sezonów w ostatnich latach. Real miał jeszcze okazję wbić na koniec kampanii małą szpilę odwiecznemu rywalowi z Barcelony. 1 kwietnia obie drużyny spotkały się na Camp Nou. Mecz zakończył się remisem 1:1 i należało uznać, że było to spotkanie bez historii. 

    Niedługo potem Barcelona zdobyła osiemnaste mistrzostwo Hiszpanii, dokładając jeszcze kibicom drugi Puchar Europy, pokonując w finale… Arsenal 2:1. Wszyscy zgodni byli, że była to w tamtym momencie najlepsza drużyna na świecie. 

    Przed końcem sezonu Real Madryt czekało jeszcze jedno przykre pożegnanie. 25 kwietnia zakończenie kariery ogłosił Zinédine Zidane. Najlepszy piłkarz swoich czasów stwierdził, że mundial w Niemczech będzie idealnym zwieńczeniem kariery i po nim zawiesi buty na kołku. Zdecydowanie był to jeden z najwybitniejszych piłkarzy Realu Madryt w historii, jeden z największych piłkarzy w ogóle – Bóg Futbolu. Jego akcje przyprawiały kibiców na całym świecie o dreszcze, a madridismo nigdy nie zapomni bramki z finału Ligi Mistrzów z Leverkusen, gdy perfekcyjnie wykończył dośrodkowanie Roberto Carlosa, dając Galaktycznym zwycięską bramkę. Długo jeszcze film z tego wydarzenia, z utworem We Are the Champions zespołu Queen granym w tle uświetniał pomieszczenie z dziewięcioma Pucharami Europy na Santiago Bernabéu. Ostatni mecz na tym stadionie Zizou zagrał z Villarrealem. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3, a genialny Francuz strzelił w nim bramkę. 

    Sezon 05/06 okazał się klęską Realu Madryt na wszystkich frontach. Ponadto z klubu odeszli trener, prezes, dyrektor sportowy i jeden z najbardziej decydujących piłkarzy. Jasne było, że w nowym sezonie będzie to zupełnie inna drużyna, a także zupełnie inny klub. Priorytetem w najbliższych miesiącach było wybranie nowego prezesa, który przedstawi plan odbudowy sportowej klubu. Do wyścigu o tę funkcję zgłosiło się kilku kandydatów

    1. Sezon 2006/2007 

    Początkiem nowej ery w historii Realu Madryt nie mogło być nic innego jak wybory na prezydenta, które odbyły się 6 lipca 2006 roku. Do walki stanęło kilku kandydatów. Do najważniejszych zaliczano Juana Palaciosa, Juana Miguela Villara Mira oraz Ramóna Calderóna. Każdy z nich składał obietnice w rodzaju sprowadzenia Luísa Figo sprzed kilku lat, którego obiecał kibicom Florentino Pérez. Fanów ostatecznie najbardziej skusiły zapowiedzi Calderóna – zobowiązał się on zakontraktować Cesca Fàbregasa i Arjena Robbena z Chelsea oraz Ricardo Kakę z AC Milan. Zwyciężył niewielką (niecały 1%) różnicą głosów z Juanem Palaciosem i otrzymał od socios mandat na realizację swojego projektu. 

    Lato 2006 roku upłynęło pod znakiem Mundialu w Niemczech oraz afery Calciopoli we Włoszech. W jej wyniku Juventus został zdegradowany do Serie B. Real Madryt był jedną z kilku drużyn, które skorzystały na tym wydarzeniu. Do Królewskich dołączył trener Starej Damy – Fabio Capello, a także dwóch zawodników tej drużyny – Emerson oraz Fabio Cannavaro. Klub pozyskał też Ruuda van Nistelrooya, José Antonio Reyesa (wypożyczenie w zamian za wypożyczenie Baptisty) oraz Mahamadou Diarrę z Olympique Lyon. Odeszli natomiast wspomniani już Zidane, Baptista, Gravesen, Woodgate, Pablo García, a także wychowankowie – Arbeloa, Jurado i Juanfran. Wszystko to sprawiło, że kadra diametralnie różniła się od tej z poprzedniego sezonu. Należy jednak zwrócić uwagę, że nie została zrealizowana żadna z trzech obietnic nowego prezesa. Nikt z trójki – Robben, Fabregas, Kaká – nie dołączył w tym okienku do Realu Madryt. 

    Start sezonu znów wywołał mieszane uczucia. Co prawda Królewscy po czterech kolejkach ligowych mieli na koncie 10 punktów (trzy zwycięstwa i jeden remis), ale Liga Mistrzów znów wylała kubeł zimnej wody na zawodników Los Blancos (porażka z Lyonem 2:0 na wyjeździe). Od tego momentu huśtawka nastrojów, towarzysząca kibicom w tym sezonie, poruszała się coraz szybciej, osiągając szczyty w momencie, gdy wydawało się, że bardziej dramatycznie już być nie może. Przeciętne wyniki w lidze (remis z Atlético i Getafe) Real przeplatał świetnymi meczami i wielkimi zwycięstwami. Jednym z tych ostatnich było zwycięstwo nad odwiecznym rywalem – Barceloną – w meczu ligowym na Santiago Bernabéu. Królewscy po bramkach Raúla i van Nistelrooya pokonali nie mającą nic do powiedzenia w tym meczu Blaugranę. 

    Wydawało się, że od tej pory wszystko będzie się już układało po myśli Królewskich. Nic bardziej mylnego – marazm trwał, Real tracił punkty z o wiele niżej notowanymi rywalami (Celta Vigo, Recreativo) i to na własnym stadionie! W drużynie zaczęły rodzić się konflikty między trenerem a pozostałymi w klubie Galácticos. W styczniu z drużyny odszedł Ronaldo, a Beckham został odsunięty od składu – Capello tłumaczył to brakiem motywacji Anglika, który po sezonie miał odejść do ligi amerykańskiej. Był to też okres najgorszych wyników drużyny w trakcie sezonu. Real odpadł z Pucharu Króla, po kolejnym beznadziejnym dwumeczu z Betisem, a między 16. a 23. kolejką zdobył dziesięć punktów na 24 możliwe. Drużyna grała fatalnie, bez polotu i pomysłu, strzelała mało bramek, a jej „znakiem firmowym” stały się długie piłki od obrońców do van Nistelrooya czy Raúla, którzy nie byli w stanie nic z nimi zrobić. Chodziły pogłoski, że po tym fatalnym okresie włoski trener Realu podał się nawet do dymisji, ale Calderón jej nie przyjął, tłumacząc, że nie ma żadnego innego nazwiska w zanadrzu. 

    Jedynym pozytywnym aspektem pierwszych dwóch miesięcy 2007 roku było sprowadzenie trzech młodych zawodników z Ameryki Łacińskiej – Fernando Gago, Gonzalo Higuaína i Marcelo. Piłkarze ci mogli budzić nadzieje, że będą w przyszłości stanowili o sile nowego Realu Madryt. Cała trójka dość szybko zaaklimatyzowała się w drużynie Los Blancos. 

    W trakcie powolnego wychodzenia z kryzysu przyszło Realowi Madryt zmierzyć się w 1/8 finału z Bayernem Monachium, który wtedy nie był w szczycie formy. 20 lutego Real wygrał pierwszy mecz 3:2. Miał nawet szansę na dwubramkową zaliczkę przed rewanżem, ale w ostatnich minutach do siatki trafił Mark van Bommel – były piłkarz Barcelony – i poprawił wynik swojego zespołu przed meczem w Monachium. Real w lidze dalej tracił punkty i wydawało się, że ponownie na długi czas przed końcem rozgrywek mistrzostwo zostanie przesądzone. Można było odnieść wrażenie, że jeśli ktokolwiek jest w stanie przerwać dominację Blaugrany w lidze, mogła to być tylko Sevilla, która dzielnie dotrzymywała kroku Dumie Katalonii. W tej atmosferze doszło do rewanżu Realu z Bayernem. Przeszedł on do historii głównie z powodu bramki, którą Bayern Monachium strzelił w mniej niż 10 sekund. Real stracił niewielką zaliczkę z pierwszego meczu, zanim kilku zawodników Królewskich zdążyło przebiec 20 metrów. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 2:1, Real odpadł, a Roberto Carlos ogłosił, że po sezonie również opuści Los Blancos – katastrofa. 

    W tej smutnej atmosferze, którą cechowała także (a może i przede wszystkim) bezsilność, przyszło Realowi ponownie zmierzyć się z Barceloną – tym razem na jej boisku. Sytuacja w tabeli nie wyglądała co prawda tak fatalnie jak w poprzednich latach (na 13 kolejek przed końcem Real tracił pięć punktów do Barçy i sześć do liderującej w tabeli Sevilli), ale absolutnie nic nie pozwalało sądzić, że nagle nastąpi przełamanie. 10 marca 2007 roku na Camp Nou został rozegrany bardzo dobry mecz – emocjonujący, porywający, trzymający w napięciu do ostatniej minuty. Innymi słowy, mecz godny miana Derbów Europy. Niestety Real nie był w stanie pokonać Barcelony z rozszalałym Messim na czele i spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3 (bramkę wyrównującą w ostatnich minutach strzelił właśnie genialny Argentyńczyk). 

    Do tego momentu wydawało się, że będzie to sezon jak kilka ostatnich – pełen porażek, rozczarowań i zawodów. Do tego momentu wszystko układało się w jeden spójny i podparty licznymi faktami wniosek – Real Madryt nie był zdolny wygrywać trofeów, a dominacja Barcelony potrwać miała jeszcze wiele lat. Do tego momentu poddałoby się wiele drużyn. Nie bez powodu jednak Real Madryt jest najlepszym klubem XX wieku i najbardziej utytułowanym klubem na świecie. 

    Od tamtej bowiem chwili rozpoczęła się zakrojona na szeroką skalę kampania medialna na temat ligowej remontady i zdobycia trzydziestego mistrzostwa Hiszpanii. Ówczesne wyliczenia zwiastowały zdobycie 77 punktów (10 zwycięstw i 2 remisy w ostatnich dwóch meczach), które wraz z Trofeo Pichichi dla van Nistelrooya miały dać Realowi Madryt upragniony tytuł. Wtedy też kibice z całego świata mogli wysyłać do klubu listy i maile z motywacją dla piłkarzy i odpowiedzią na pytanie „Dlaczego to Real Madryt wygra w tym sezonie ligę?”. Wtedy zaczęły się dziać rzeczy magiczne… 

    Już pierwszy mecz z tej „parszywej dwunastki” okazał się być swoistym preludium do tego, co mieliśmy przeżywać na ostatniej prostej sezonu. Na Bernabéu Real pokonał Gimnastic po bardzo ciężkim meczu. Królewscy wygrali 2:0 dzięki wielkiej zmianie, jaką dał Robinho zaraz po przerwie (po pierwszej połowie było 0:0). Redaktorzy RealMadryt.pl w podsumowaniu meczu stwierdzili: „Robinho wszedł i pozamiatał” – nic dodać nic ująć. W następnym meczu – znowu emocje. Real pokonał co prawda na wyjeździe Celtę 2:1, ale zwycięską bramkę strzelił dopiero w 83. minucie, po długim szturmowaniu bramki rywala. Dalej też nie było łatwiej. 

    Po dość gładkim zwycięstwie nad Osasuną na własnym stadionie (2:0), przyszedł mecz, który można określić tylko jednym mianem – skandal. To prawda, że Real nie grał w nim wybitnie; to prawda, że miał problemy z konstruowaniem akcji. Prawdą jest też, że mimo to prowadził na wyjeździe z Racingiem Santander 1:0. I wtedy „interweniować” postanowił sędzia, który wydrukował gospodarzom dwa rzuty karne – Real Madryt przegrał 1:2! Od tamtej pory stało się jasne, że jeśli cel postawiony przed drużyną po meczu z Barceloną miał być zrealizowany, Królewscy w ostatnich 8 kolejkach nie mogli już ani razu stracić punktów. 

    Real jednak nie poddawał się. W meczu z Valencią przeprowadził jedną z najpiękniejszych akcji sezonu, a van Nistelrooy strzelił chyba najpiękniejszą bramkę w karierze – 1:0! Po wyrównaniu Morientesa wydawało się, że sympatyczny, były już, napastnik Królewskich znowu odbierze im tytuł. Tak się jednak nie stało – Real zwyciężył po golu Ramosa. W następnej kolejce Blancos dosłownie przejechali się po Athleticu Bilbao, serwując Baskom cztery bramki na ich własnym stadionie. Na tym jednak skończyły się „łatwe i przyjemne” mecze w tamtym sezonie. 

    33. kolejka – ważny mecz z Sevillą. Real znów musiał odrabiać straty – ostatecznie wygrał 3:2, jednak wynik ten sprawił, że Królewscy w lidze musieli zdobyć więcej punktów, gdyż w dwumeczu to rywale okazywali się lepsi. 

    34. kolejka – jeden z najbardziej magicznych wieczorów ostatnich lat. Blancos podejmują u siebie Espanyol, po pierwszej połowie przegrywają 1:3. Nikt nie policzy, ilu kibiców wstało wtedy z foteli, uderzyło pięścią w stół i zajęło się czymś innym, nie mając już nadziei na tytuł. Wszyscy oni musieli być lekko zdziwieni, gdy „dla formalności” godzinę później sprawdzili wynik. Real odrobił straty i wygrał ostatecznie 4:3, dzięki zwycięskiej bramce Gonzalo Higuaína! Po tym meczu Królewscy zasiedli na fotelu lidera. W następnej kolejce Recreativo pozazdrościło Espanyolowi dreszczowca i również postraszyło wielki Real, który wygrywał 2:0, a nagle musiał zmierzyć się z faktem, że w 86. minucie było już 2:2. Jednak poza tym, że ten Real był wielki, był także niesamowicie waleczny. Po kontrze Higuaína i Gago zwycięską bramkę strzelił Roberto Carlos. 3:2 dla Realu i lider obroniony! W następnym meczu Deportivo postawiło ciężkie warunki, ale Los Blancos ani myśleli oddawać im pola i ostatecznie wygrali 3:1. Wydawało się, że emocje muszą już opaść. Że to za dużo jak na jeden sezon. Że to jest po prostu statystycznie niemożliwe. Wszyscy, którzy tak sądzili, byli w błędzie. 

    I w tym momencie naprawdę nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odesłać Was do filmu pod tytułem „More than a Hollywood Drama”. Obejrzeć go można w serwisie YouTube. Słowa nie są w stanie tego oddać… Real Madryt po niesamowitym meczu i remisie 2:2 z Realem Saragossą ostatecznie utrzymuje fotel lidera. Był to chyba jedyny moment w historii, gdy kibice Królewskich na tę jedną chwilę mogli podpisać się pod transparentem kibiców Espanyolu o treści „Jest tylko jeden Raúl – Tamudo”. Napastnik drugiej drużyny z Barcelony strzelił dwie bramki Dumie Katalonii, doprowadzając w ostatnich minutach do remisu, który dał Realowi fotel lidera na kolejkę przed końcem. Nie pomogła zaciekła postawa Saragossy, która nie dała sobie wyrwać remisu. Nie pomogła „Ręka Boga” Messiego, który oszukał sędziego w praktycznie identyczny sposób jak niegdyś Diego Maradona. Nic nie pomogło. Bóg był wtedy po stronie Realu Madryt. Swój mecz zremisowała także Sevilla, tracąc praktycznie szanse na tytuł. 

    W ostatniej kolejce nie mogło obyć się bez dreszczowca. Real po pierwszej połowie przegrywał z Mallorcą 0:1 na własnym stadionie. Na domiar złego na początku drugiej części gry kontuzji doznali Beckham i van Nistelrooy, którzy byli czołowymi zawodnikami Królewskich w końcówce sezonu. Na boisko weszli Higuaín i Reyes – rezerwowi. I wtedy ponownie zdarzył się cud. Najpierw Robinho zagrywa do Higuaína, ten odgrywa do Reyesa, a Hiszpan pakuje piłkę obok prawego słupka bramki Moyi – 1:1. Niedługo później Robinho huknął zza pola karnego, ale bramkarz Mallorki kapitalnie sparował piłkę na rzut rożny. Dośrodkowanie z tego rzutu rożnego na bramkę zamienia Mamadou Diarra! 2:1 dla Realu Madryt! Stadion eksploduje, komentator krzyczy „Hala Madrid! Hala Madrid!”, Iker Casillas wybucha płaczem i wrzeszczy z całej siły „VAMOS!”. Magia jest obecna na Bernabeu. Po chwili kropkę nad „i” stawia Reyes, strzelając bramkę nad 3:1. 

    W tak dramatycznych okolicznościach Real Madryt zdobył trzydziesty tytuł mistrza Hiszpanii. Był to sezon wielu porażek, wielu smutnych chwil, także wielu pożegnań (po sezonie lub w jego trakcie odeszli Roberto Carlos, Beckham, Helguera, Pavón, a także sam Fabio Capello). Był to jednak jeden z najbardziej niezapomnianych sezonów dla każdego kibica Królewskich. Los Blancos wręcz wyrwali tytuł Barcelonie, rozdzierając jej serce, pozbawiając nadziei na jakiekolwiek trofeum w tamtym sezonie (Barça wcześniej odpadła z Ligi Mistrzów i Pucharu Króla). Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo wyszarpane głównemu rywalowi w ostatnich minutach. Real Madryt w tych finałowych dwunastu kolejkach La Liga robił to nieustannie. Ostatecznie nie zdobył 77 punktów, a tylko 76, ale nie ma to znaczenia – wystarczyło. Nie da się opisać emocji, które towarzyszą kibicowi Realu Madryt, gdy widzi swojego kapitana – Raúla Gonzaleza Blanco – z czerwoną płachtą, wykonującego tradycyjne ruchy matadora; gdy widzi szczere łzy szczęścia Ikera Casillasa, który w trakcie sezonu wznosił się na wyżyny ludzkich zdolności, gdy widzi Helguerę, Roberto Carlosa, którzy wiedzieli od dawna, że opuszczą Real Madryt i dlatego ten tytuł tak wiele dla nich znaczył. Jest to niesamowite przeżycie, nawet jeśli siedzi się w domu i ogląda to wszystko w telewizji. „I ja tam byłem, miód i wino piłem…” – wątpię, żeby nawet nasz narodowy wieszcz potrafił to opisać. 

    Drugą pozytywną informacją w tym sezonie były sukcesy sekcji koszykarskiej, która również zdobyła mistrzostwo kraju, pokonując w finałowych meczach oczywiście FC Barcelona. Koszykarze Real Madrid Baloncesto dorzucili jeszcze Puchar ULEB (koszykarski odpowiednik Pucharu UEFA, dzisiejszej Ligi Europy), który był pierwszym europejskim tytułem Królewskich od kilkunastu lat. 

    Po raz pierwszy od dłuższego czasu kibice Realu mogli patrzeć w przyszłość z nadzieją. Po raz pierwszy od dawna Blancos zapewnili sobie spokojne lato. Real Madryt potrzebuje bowiem trofeów jak tlenu, a gdy ich nie ma, dusi się i traci siły. Sezon 2006/2007 skończył okres prawie czterech lat, w ciągu których kapitan Królewskich nie wzniósł w górę ani jednego pucharu. Oby taka zła passa nigdy się nie powtórzyła. 

     

     


    Formularz logowania

    Wyszukiwanie

    Zapisz się na Newsletter by otrzymywać najnowsze informacje wprost na maila!!!!!!!!!

    Email :
    Imię :
    Nazwisko :
    Zgadzam się z polityką prywatności
     

    Kalendarz
    «  Kwiecień 2026  »
    PnWtŚrCzwPtSobNie
      12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    27282930

    Archiwum wpisów

    Przyjaciele witryny
  • Załóż darmową stronę
  • Internetowy pulpit
  • Darmowe gry online
  • Szkolenia wideo
  • Wszystkie znaczniki HTML
  • Zestawy przeglądarek
  •  

    Copyright MyCorp © 2026
  • Kto Wygra ligę Mistrzów (0)
    [Liga Mistrzów]
  • Czy polskie Kluby awansują do fazy grupowej Ligi Europy (0)
    [Polskie kluby w pucharach]